|
Szukając materiałów na temat bliższej i dalszej historii Urli i gminy Jadów natrafiłem kiedyś na wyniki spisu powszechnego z roku 1921. Ta mała karteczka zawierała odpowiedzi na parę nurtujących mnie pytań, ale jednocześnie niektóre zawarte wniej dane naprowadziły mnie na kilka nowych tematów do dalszych poszukiwań. Oto jeden z nich. W 1921 roku na ogólną liczbę 8 514 mieszkańców gminy Jadów 1578 osób zadeklarowało wyznanie mojżeszowe a z nich 938 osób w rubryce "narodowość" zadeklarowało się jako Żydzi. Co się stało z tą tak liczną społecznością? Odpowiedź znalazłem w książce Mariana Karczewskiego „Czy można zapomnieć?” wydanej przez Instytut Wydawniczy PAX w roku 1969. Oto ona: "Był to zresztą okres, w którym uwaga wszystkich zwrócona była na wyjątkowo bestialskie prześladowania Żydów. Zamknięci w gettach, skazani na głodowe racje żywnościowe, wyjęci spod prawa, mordowani byli bezlitośnie wszędzie i zawsze, kiedy w obłędnej ucieczce przed śmiercią głodową napotykali na swej drodze poza granicami getta Niemców.
Wynosili za getto kosztowności, które wymieniali na żywność. Stały haracz, płacony administracji niemieckiej i żandarmom, nie mógł oddalić nieuchronnego losu, wyznaczonego im przez Hitlera. Rowy przydrożne z każdym dniem kryły w sobie coraz więcej bezimiennych mogił. Niektórzy Żydzi, stali mieszkańcy Jadowa, znali od łat moich rodziców i teraz często wstępowali do nas z różnymi prośbami i propozycjami. Jedni chcieli coś spieniężyć, inni prosili o skromne dary, a niektórzy chcieli po prostu odpocząć i porozmawiać. Do tych ostatnich należała także młoda, jasnowłosa dziewczyna, która od czasu do czasu odwiedzała krewnych w Ostrówku, a w drodze powrotnej wstępowała do nas. Pewnego razu przeżyła tragikomiczną przygodę: na drodze zauważyła nadjeżdżającego rowerem od strony Łochowa żandarma. Bardzo wystraszona nachyliła się i zaczęła poprawiać coś przy bucikach. Serce jej zamarło, kiedy żandarm zatrzymał się obok i zapytał po polsku: — Gdzie pani idzie? — Do Jadowa — odpowiedziała automatycznie i w dalszym ciągu poprawiała sznurowadła. — To może panią odwiozę. — Dziękuję, chętnie pójdę piechotą. Stał tak długo, aż musiała — nie chcąc wzbudzać podejrzeń — wyprostować się. Gdy jeszcze raz grzecznie poprosił, uspokojona, wsiadła na ramę i pozwoliła wieźć się śmierci. Odpowiadała na zadawane pytania, śmiała się, udawała, że chętnie przyjmuje propozycję spotkania, a równocześnie cały czas myślała, czy rzeczywiście nie rozpoznał w niej Żydówki. Przy cmentarzu jadowskim nieśmiało poprosiła, żeby zatrzymał się. — Dlaczego pani nie chce jechać dalej? — Nie chcę, żeby znajomi widzieli mnie z panem. Pan jest przecież w mundurze. — Rozumiem, rozumiem — odpowiedział. — Ale proszę mi przyrzec, że to nie ostatnie nasze spotkanie. Bardzo proszę. — Chętnie. Jutro wieczorem o siódmej, dobrze? — Ależ naturalnie. Gdzie? — Tutaj, przy cmentarzu. — Dobrze, tylko na pewno. Poszła przez pole wsłuchując się za siebie, czy nie krzyknie „halt". „Otarłam się o śmierć" — powiedziała na zakończenie, a ja zastanawiałem się, co też ten żandarm by zrobił, gdyby w jakiejś chwili zorientował się, że ma do czynienia z Żydówką. A oto inny wypadek: dwie starsze już Żydówki przyszły kiedyś prosić o coś do jedzenia. — A nie boicie się Niemców? — zapytała mama. — Nie muszą poznać, że my Żydówki. Co nam zrobią? — odpowiedziała rezolutnie jedna z nich. Mniej więcej za godzinę dotarła do nas wieść, że te właśnie Żydówki zostały zastrzelone przy bramie zwierzyńca. Finkielmana poznałem już w czasie okupacji. Wiedziałem, że mieszkał w Jadowie od wielu lat, był właścicielem restauracji, w czasie okupacji natomiast, już po utworzeniu getta, pełnił jakąś funkcję w radzie żydowskiej. Codziennie rano przyprowadzał z getta kolumnę Żydów do różnych prac przy lotnisku, wieczorem odprowadzał ich do Jadowa. Ponieważ moich rodziców znał od wielu lat, często wstępował na pogawędkę i stąd poznałem go bliżej. Któregoś dnia Bauleiter zatrzymał kilku pracowników żydowskich do prac porządkowych na terenie biura. Późnym wieczorem, z przepustką podpisaną przez Bauleitera w ręce, ruszyli w kierunku Jadowa. Przy moście na Osownicy spotkali ich żandarmi, jadący samochodem z Tłuszcza. Nie pomogły tłumaczenia, nic nie dało wymachiwanie przepustką. Parę strzałów, a później krótkie polecenie dla rady żydowskiej: „Idźcie zakopać kilku waszych przy moście". Brali łopaty, szli na wskazane miejsce bez żadnej gwarancji, że sami wrócą do domu. Koszmarne dni trwały. W podawanych z ust do ust, nieprawdopodobnych wprost wiadomościach coraz częściej słyszało się słowo „Treblinka". Tam był kres wędrówki ludzi skazanych na zagładę, na śmierć w komorach gazowych. Przez leżące w pobliżu stacje Urle i Lochów pędziły dudniące pociągi, wiozące w bydlęcych wagonach stłoczonych mężczyzn, kobiety i dzieci z całej Europy. Wyskakiwanie przez okna wagonów, śmierć na szynach, złamane ręce i nogi, dobijanie jeszcze żywych niefortunnych uciekinierów przez kręcących się na rowerach żandarmów stawały się wypadkami codziennymi. Był wrzesień 1942 roku. Przed świtem obudziło rodzinę Finkielmanów dobijanie się do drzwi. Uzbrojeni po zęby żandarmi rozkazali za trzy kwadranse ustawić wszystkich mieszkańców getta piątkami na targowicy, uprzedzając, że kto zostanie w domu, będzie zastrzelony. Finkielman pobiegł najpierw zaalarmować kilka tysięcy mieszkańców getta, że ich godzina wybiła, a potem wrócił do mieszkania i podwórzami, zakamarkami wyprowadził żonę i dzieci za kolczaste druty getta. Rozstał się z nimi przy cmentarzu i wrócił, aby zniknięciem swoim nie spowodować przedwczesnego alarmu - chciał dać czas najbliższym na oddalenie się w bezpieczne miejsce. Raz i drugi pokazał się żandarmom, formował piątki, ale po kilkunastu minutach znikł. Próbował raz jeszcze namówić ojca na opuszczenie mieszkania, a kiedy prośby nie odniosły skutku, znanymi sobie miedzami ruszył w kierunku, w którym wcześniej poszła żona i dzieci. Tymczasem strzały w getcie gęstniały. Żandarmi zabijali wszystkich, którzy niezbyt szybko opuszczali mieszkania, strzelali do chorych, starców, dzieci w kołyskach, zabijali za nierówne ustawienie się w szeregu, za uśmiech, za śmiałe spojrzenie, za jęki i łzy. Zabijali w końcu za wszystko — dla samej potrzeby mordowania. Rozwidniało się już, kiedy stłoczona, kilkutysięczna kolumna ludzi z tłumoczkami na plecach ruszyła z getta w kierunku Łochowa, gdzie na bocznicy czekał towarowy pociąg. Miał dowieźć mieszkańców getta do komór gazowych w Treblince. Finkieiman, przyczajony w lesie, wyłapywał słuchem zbliżające się odgłosy wystrzałów. Teraz dopiero zrozumiał, że droga skazańców przebiega w odległości około stu metrów od jego kryjówki, nie miał jednak siły podnieść się i iść głębiej w las. Zastanawiał się przez chwilę, czy żandarmi mieli psy. Nie, chyba nie. Próbował podnieść się, by uciekać w głąb lasu, to znów wciskał się głębiej w poszycie leśne, aż w końcu, zrezygnowany, czekał na dalsze wypadki. Tragiczny pochód, znaczący ślad swój trupami, dotarł do Zawiszyna. Tutaj, jak później się dowiedziałem, Niemcom zabrakło amunicji. Zatrzymali kolumnę i wysłali samochód do Tłuszcza — przerwa w zabijaniu trwała prawie godzinę. Tajemnicą pozostanie zapewne, czy żandarmów wracających z Tłuszcza przeraził dantejski widok własnego dzieła, czy też nie otrzymali dostatecznej ilości amunicji, faktem jest, że na dalszej trasie Zawiszyn-Łochów, liczącej cztery kilometry, pozostało „tylko" kilkanaście trupów. Z getta wyjeżdżały drabiniaste wozy załadowane trupami tych, którzy niezbyt pospiesznie je opuszczali. Zwisały bezwładnie nogi, ręce, głowy — widać było, że , ciała rzucano w pośpiechu. Wozy kierowały się na cmentarz żydowski, gdzie wykopano olbrzymi dół na zbiorową mogiłę. Stanisław Życki, którego dom przylegał do drutów getta, wszedł na strych i przez wstawione gdzieniegdzie szklane dachówki obserwował ewakuację. A oto co w wiele lat później usłyszałem od niego: „Przed wejściem do getta żandarmi wypili w knajpie po dwie szklanki wódki. Kiedy mieszkańcy getta dowiedzieli się o ewakuacji, z przeludnionych domów wydobywał się rozpaczliwy szloch. Niemcy powiedzieli, że można zabierać z sobą wszelkiego rodzaju kosztowności. Ustawili na targowicy oddzielnie kobiety i oddzielnie mężczyzn i tutaj, pod groźbą kary śmierci, zażądali złożenia biżuterii i kosztowności na wyznaczone przed szeregami miejsce. Jedni usłuchali rozkazu, inni wciskali kosztowności w ziemię. Kupka złota, biżuterii, szlachetnych kamieni i zegarków rosła. Niemcy segregowali zdobycz i wypełnili nią trzy średniej wielkości walizki. Odbywało się to wszystko przy akompaniamencie przekleństw, razów i huku wystrzałów. Kiedy kolumna wypłynęła na rynek jadowski, na targowicy zostało wiele trupów. Żandarmi strzelali z bliska, strzelali do każdego, kto wychylił się z szeregu, niektórzy starali się jednym strzałem zabić dwie osoby. Idący w kolumnie zwarli tak mocno szeregi, że zdawali się tworzyć jeden organizm, jedną całość. Patrząc na to z góry odnosiło się wrażenie, że szosą pełznie olbrzymi wąż, kołyszący się to w lewo, to w prawo. Co kilka sekund padały nowe strzały i nowe trupy zostawały na bruku. W pewnej chwili do Lamparta, górującego wzrostem nad kolumną, dobiegł równie wysoki drab i kopnął go z taką siłą, że ten upadł, pociągając za sobą może czternastoletniego chłopca. W tym samym momencie kula rozpruła mu głowę, z rany popłynęła obficie krew. Chłopiec znieruchomiał po pierwszym strzale, Lampart próbował jeszcze dźwignąć się. Wtedy padł drugi strzał. Z kałuży krwi dźwignięto go na wóz, na który wrzucano zabitych - ostatnie jego słowa były prośbą o wodę. Od zbitej masy oderwała się na moment młoda, śliczna dziewczyna, Igłówna. Ubrana była w powiewną sukienkę, nie miała paczek, szła lekkim, tanecznym krokiem. Patrząc na nią, na jej pełne gracji ruchy i wyjątkowo zgrabną figurę, miałem nadzieję, że nie znajdzie się żandarm, który by ją zastrzelił. Widziałem później jej szeroko otwarte oczy, zwisające włosy i ręce z fury załadowanej trupami. Nie miała już na sobie jedwabnej sukienki. Przed moim domem stała grupa kobiet. W pewnej chwili z szeregu upadł na ziemię tłumok, a kobiecy głos zawołał: »Weźcie to, nie pożałujecie«. Żandarmi nie zainteresowali się zawiniątkiem, bo z szeregów co chwilę padały na bruk paczki, koce, chustki, jesionki. Kiedy później zbierano zabitych, okazało się, że w zawiniątku jest dziecko. Żyło, miało otwarte oczy i nie płakało. Stanął nad nim młody jeszcze żandarm i w stronę uśmiechniętej twarzyczki dziecka skierował lufę rewolweru. Miał chyba jakieś skrupuły, bo w momencie oddania strzału odwrócił głowę. Chybił. Dopiero czwarty strzał, oddany zupełnie z bliska, był celny... Żandarm szybko odszedł, a inny nachylił się, żeby dziecko wrzucić na wóz. Spróbował podnieść i wyprostował się zaskoczony. Poduszka była dziwnie ciężka, wewnątrz zaszyto kosztowności. Może matka miała nadzieję, że w ten sposób ocali maleństwo? Całością akcji dowodził oficer z Warszawy. Zżymał się bardzo, bo po przemarszu kolumny mógł dojechać samochodem tylko do kościoła, dalsza droga zatarasowana była trupami. Wysłał gońca z rozkazem: »Mniej zabijajcie, bo co zawieziemy do Treblinki. Blisko sześćset trupów zwieziono do zbiorowej mogiły na cmentarz żydowski. Po kilku miesiącach jednak Niemcy wydobyli znajdujące się prawie w zupełnym rozkładzie ciała, wywieźli je gdzieś pod Węgrów i tam spalili. W getcie w Jadowie jeszcze przez długie dni po likwidacji żandarmi znajdowali pojedyncze osoby, a nawet całe rodziny, ukrywające się na strychach i w szopach. Mordowano je w ogrodzie przy areszcie gminnym"."
|
- Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- Komentarze promujące własne np. strony, produkty itp. będą usuwane.
- *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
- Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
|
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |